VIII >> środa, 17 października 2007 17:19:35
Każdy może czasem wziąć sobie urlop, szczególnie, kiedy operatora piorun trzaśnie. Dosłownie. Większość zapewne zrozumie.
Jimi złapał go za szyję i zaczął dusić. Jego twarz poczerwieniała z wściekłości i wysiłku. Malfoy w pierwszej chwili nie zareagował, tak bardzo zaskoczyło go zachowanie hipisa. Zakrztusił się i spurpurowiał, ale szok wciąż trzymał go unieruchomionego. Wreszcie Janis wykrzyknęła histerycznie:
- Tato, puść!
Jimi zawahał się, niepewny, kogo słuchać: ukochanej córki czy buzującej w nim nienawiści. Ta jednak chwila, kiedy to uścisk na szyi Dracona nieco zelżał, wystarczyła, aby ofiara powzięła jakieś kroki ku temu, by przestać być ofiarą. Udało jej się to nadzwyczaj sprawnie, gdyż oprawca natychmiast puścił szyję młodego czarodzieja i odskoczył.
- Czy to naprawdę było konieczne, panie Carter? - zapytał prawie spokojnie Malfoy, masując obolałą szyję.
Zamiast odpowiedzieć, hipis rzucił się na niego całym swym ciężarem. Draco przewrócił się wraz z fotelem, na którym siedział, a z jego kieszeni wypadło nagle małe zawiniątko.
Janis wydała zduszony okrzyk, po czym podbiegła do ojca i zaczęła szarpać go za koszulę na plecach.
- To jest tutaj! Przyniósł ze sobą! - krzyczała bez opamiętania. Dało to efekt, gdyż pan Carter natychmiast zlazł z Malfoya i porwał paczuszkę.
Blondyn wydał pełne zawodu westchnięcie, lecz nawet nie próbował oponować, kiedy mężczyzna odwinął materiał i ukazał pozostałym małą, hebanową szkatułkę.
- Nie wiedziałeś, o czym mówię, tak? - zadrwił z widocznym tryumfem.
Malfoy wzruszył ramionami.
- Kop leżącego – mruknął pod nosem, próbując równocześnie pozbierać się z podłogi.
Nieprzytomni wcześniej w wyniku ogólnej paniki towarzysze Jimiego Hendrixa z “Peace Clubu” zaczęli odzyskiwać przytomność. Z zaciekawieniem przyglądali się trzymanej z nabożną czcią przez gospodarza szkatułce.
- Wiesz, co jest w środku? - zwrócił się Jimi do Malfoya.
Ten pokręcił głową.
- Nie otwierałem. Podejrzewałem, że chronią ją jakieś czary.
- Tato, a ty wiesz? - zapytała z ożywieniem Janis, wpatrując się w puzderko pałającymi oczami.
- To dziwne – odparł z zakłopotaniem pan Carter – ale doszedłem do takich samych wniosków, co twój przyjaciel. Wolałem być ostrożny.
Malfoy prychnął z niedowierzaniem i pogardą.
- Miałeś ją przez tyle lat i nawet nie zajrzałeś do środka? Jesteś głupi czy tylko udajesz? - wykrzyknął, zapominając całkowicie o swojej sytuacji.
Nim Jimi Hendrix zdążył odpowiedzieć, stojący już na nogach Roland Stevens polecił:
- Otwórz ją. Pomożemy ci w razie czego. Pan Malfoy zna się na czarnej magii, na pewno przyłączy się do do pomocy.
Jimi wzdrygnął się.
- Co to, to nie! Jeszcze rzuci na nas urok i zwieje z moim skarbem! Zabierzcie mu różdżkę.
- Spokojnie, panowie – powstrzymał ich Dracon, po czym zwrócił się do Cartera swym najbardziej służalczym tonem: - Bez obawy, mój drogi. Potrafię rozpoznać lepszego od siebie. Skoro raz ci się udało, mógłbyś bez wysiłku znów mi ją zabrać, a przy okazji zrobić mi krzywdę. Nie chcę ryzykować twego gniewu.
W istocie młody Malfoy chciał zrobić dokładnie to, o co podejrzewał go hipis. Nawet niespecjalnie wierzył w to, że podlizywanie się przyniesie jakiś efekt, jednak nie byłby sobą, gdyby nie spróbował. O dziwo, Jimi dał się ugłaskać.
- W porządku, Malfoy, zachowaj różdżkę. Pozwolę ci nawet zobaczyć to, co straciłeś – oznajmił chełpliwie.
Janis już chciała zaprotestować, ale ugryzła się w język. Wciąż nie była pewna swych uczuć wobec Dracona. Prawdopodobnie została dotknięta łagodną odmianą syndromu sztokholmskiego, lecz nie zdawała sobie z tego sprawy. Chwilowo czuła, że pragnie go chronić i pomagać w miarę możliwości, ale też zdawała sobie sprawę z podłości charakteru blondyna.
Carter objął tajemniczą szkatułkę obiema dłońmi i wpatrzył się weń płomiennym wzrokiem. Zebrani wokół w niepomiernej ciasnocie członkowie klubu także z wielką uwagą spoglądali na pudełko. Janis podeszła blisko ojca i dotknęła dłonią jego ramienia, również ciekawa rozwoju wydarzeń. Draco intensywnie wodził wzrokiem za szkatułką, nie śmiejąc nawet mrugnąć. Wszyscy oczekiwali w najwyższym skupieniu.
Wreszcie Jimi zdjął wieczko przy akompaniamencie cichych westchnięć zebranych. Nic się nie stało.
Hipis i Malfoy równocześnie zajrzeli do środka, w tym samym momencie też gwałtownie odsunęli się od puzderka. Przez chwilę w ciszy wpatrywali się w siebie. Potem Carter wydał z siebie nieludzki ryk wściekłości.
- Pusta! Przeklęty złodzieju!
Gdy pukanie rozległo się jeszcze raz, natarczywiej niż poprzednio, Snape ruszył otworzyć. Jakże wielkie było jego zdumienie, gdy na progu domu ujrzał Lupina!
- Co tu robisz? - zawarczał z wściekłością, sięgając po różdżkę. - Jak mnie znalazłeś?
- Zostaw to – polecił spokojnie Remus, wskazując na magiczne narzędzie w ręku byłego mistrza eliksirów. - Przyszedłem z propozycją.
- Niczego od ciebie nie potrzebuję – oznajmił ze złością Snape, nie opuszczając różdżki nawet o cal.
- Dumbledore mnie przysłał – wyjaśnił spokojnie Lupin.
Potrwało dobrą chwilę, zanim do śmierciożercy dotarł całkowity sens tych słów.
- Więc już do tego doszło – szepnął do siebie gospodarz, odsuwając się, by móc przepuścić gościa. - Wejdź.
Lupin wsunął się do środka, spoglądając na obłażącą ze ścian tapetę i gołą podłogę. Snape poprowadził go do tak zwanego salonu.
- O co chodzi? - zapytał gospodarz wrogo, splatając ręce na piersi.
- On chce się ujawnić – odparł Remus. - Kiedy to uczyni, znajdziesz się w niebezpieczeństwie, a nikt z nas – tu zawahał się, ale po chwili brnął dalej – tego nie chce. Proponujemy ci powrót w nasze szeregi i bezpieczeństwo.
- Skąd pomysł, że chcę do was wrócić? - zapytał drwiąco Snape.
- Cóż – zaczął Lupin – Dumbledore uważa, że w przeciwnym wypadku zginiesz. Ośmiela się też sądzić, że ta perspektywa nie wydaje ci się zbyt pociągająca.
- Dobrze wiesz, że on mnie znajdzie – syknął Snape. - Mam Mroczny Znak.
- Potrafimy to usunąć, ale nie mamy zbyt wiele czasu. Idziesz?
W tym momencie wspomniany symbol na lewym ramieniu śmierciożercy rozpalił się czernią, przyzywając go do Voldemorta. Severus odetchnął spazmatycznie.
- Wzywa mnie.
- Nie mamy więc czasu – stwierdził Lupin. - Idziesz czy nie?
Snape spojrzał na dawnego wroga, który teraz przybył go ratować i coś w nim pękło. Skinął głową.
komentarze [24]VII >> poniedziałek, 9 lipica 2007 18:45:09
Dla Niezapominajki. Wiesz co, kwiatuszku? Żal mi Ciebie. Musisz być bardzo samotna.
- Finch, nie wygłupiaj się! Nie możesz... Finch? FINCH!
Po chwili krzyk umilkł, zastąpiony przez ciche rzężenie. Glenn upadła na podłogę, przyciskając dłonie do gardła. Między jej palcami spłynęła strużka krwi. Purpurowe krople kapały na kamienną posadzkę.
Obok stał O`Flaherty, wyrostek z szóstego roku. Kurczowo przyciskał do piersi małą, hebanową szkatułkę. Na podłodze leżał krótki nożyk, splamiony krwią.
Mimo grozy scena wyglądała na tak nieprawdopodobną, że aż śmieszną. Finch zabił prefekta Ravenclawu. Zabił, by okraść. Finch! Drugi prefekt Domu Kruka. Nie, to musiał być po prostu sen, iluzja. Niby dlaczego, w jaki sposób, jakim cudem mogłoby dojść do tak niespodziewanych, napawających wstrętem wydarzeń?
To sen. To mi się śni – przekonywała świadomość Fincha. Jednak po chwili coś pierwotnego, prawdziwego i niewiarygodnie silnego zepchnęło ją brutalnie w najciemniejsze głębie jego umysłu. Patrz, rozkazało. Patrz i przeżywaj. Ciągle na nowo. Raz za razem, aż będziesz chciał umrzeć, aż oddasz wszystko za wytchnienie, jakie daje śmierć.
O`Flaherty właściwie nie pochodził z mugolskiej rodziny. Jego ojciec był normalnym, zwykłym czarodziejem. Jedynie matka zadawała kłam czystości krwi rodu. Nie dlatego, że jej rodzicami byli mugole – nie byli. Pani O`Flaherty wywodziła się z jednego ze starszych i bardzo szanowanych czarodziejskich rodów. Cóż z tego, skoro urodziła się charłakiem?
Okrucieństwo dzieci to mały paradoks, żart ewolucji. Bo niby dlaczego te najbardziej niewinne i słodkie istoty miałyby być dręczycielami i katami? Zapewne to sprawa wychowania. W czarodziejskich rodzinach czynnikiem decydującym zazwyczaj jest nastawienie rodziców do sprawy czystości krwi. Chodzi oczywiście o starożytne rody, których drzewa genealogiczne potrzebują trzech pięter, by mogły ukazywać się w całej okazałości. Tam pogarda dla “niżej” urodzonych jest przekazywana wraz z mlekiem matki. Nie ma innego wytłumaczenia dla ogólnie panującej w Domu Slytherina nienawiści do reszty czarodziejskiej społeczności.
Pochodzenie Fincha sprawiło, że znalazł się na “czarnej liście” Ślizgonów. Matka charłaczka! Ha-ha-ha! Do góry nogami go, syn zdrajczyni krwi!
Tak było od początku. O`Flaherty jednak był hardy. Nie pozwolił się złamać, wręcz przeciwnie: trzy razy bardziej przykładał się do nauki, szczególnie obrony przed czarną magią. Wiedział, że jeśli się postara, któregoś dnia rozpędzi swych oprawców na cztery wiatry, sprawiając uprzednio, by na kolanach błagali go o przebaczenie. Uczył się więc pilnie, zaciskając zęby, gdy trafiały go złośliwe docinki lub upokarzające klątwy. Dzień zemsty był coraz bliżej.
Wreszcie, w szóstej klasie, Finch mógł się odegrać. Dorwał swych znienawidzonych wrogów na którejś przerwie, w zatłoczonym korytarzu, by jak najwięcej osób mogło ujrzeć ich porażkę. Powiedział mocnym głosem wyćwiczony przed lustrem tekst:
- Przez wiele lat prześladowaliście mnie, niszcząc wszystko, co było dobre w moim życiu. Pokazywaliście, jacy to jesteście silni, jacy wielcy z was czarodzieje. Upokarzaliście mnie przy każdej możliwej okazji – przerwał, by popatrzeć na zgromadzonych uczniów, obserwujących ciekawie tę scenę. Niektórzy uśmiechali się kpiąco, inni kiwali głowami na znak poparcia dla Fincha, jeszcze inni wyglądali na podnieconych zbliżającą się walką. O`Flaherty odetchnął i kontynuował: - Dziś nastał kres waszego panoszenia się w tej szkole. Bo oto ja, Finch O`Flaherty, syn charłaczki, przybyłem się zemścić!
Zakończywszy kwestię okrzykiem dzikiej wściekłości, mściciel uniósł różdżkę i miotnął kilka starannie wybranych na tę sytuację zaklęć. Powalił wszystkich swych dawnych ciemiężycieli, sprawiając przy okazji niemałą uciechę zgromadzonym gapiom – zastosowane zaklęcia miały naprawdę ciekawe skutki, jak choćby nagłe spuchnięcie którejś kończyny, pozbawienie zaatakowanego ubrań lub przemalowanie skóry jednego ze Ślizgonów na zielono. Większość padła nieprzytomna, jedynie przywódca grupy stał na środku korytarza, usiłując jakoś zakryć swoje genitalia. Został pozbawiony różdżki, stał nagi i bezbronny, czerwony ze wstydu. Na dodatek nie mógł uciec, bo tłum zwarł się ciasno, tworząc wokół niego okrąg roześmianych, szyderczych twarzy.
- Błagaj o litość – rozkazał Finch podnieconym głosem. Jego oczy płonęły, a twarz nabiegła krwią. - Błagaj, żebym nie dokończył dzieła, psie!
Ślizgon patrzył na swą dawną ofiarę rozszerzonymi ze strachu i upokorzenia oczami. Wreszcie otworzył usta, by coś powiedzieć, po czym padł z cichym westchnieniem na posadzkę. Zemdlał.
To był koniec przedstawienia. Niektórzy z gapiów zaczęli klaskać, bo przecież mieszkańcy Domu Węża nigdy nie byli specjalnie lubiani. O`Flaherty rozejrzał się, kiwnął głową paru osobom, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł. Krew w nim buzowała, w uszach szumiało. Musiał teraz pomyśleć nad dobrym wytłumaczeniem, bo prędzej czy później któryś z nauczycieli dowie się o incydencie.
Skręcił w stronę pokoju wspólnego Krukonów, gdy nagle drogę zatarasowała mu postać chudego piętnastolatka.
- Byłeś niezły – oznajmił nieznajomy, miażdżąc obcasem niedopałek skręta.
- Dzięki – odparł Finch z rezerwą. Podejrzliwie zlustrował chłopaka. Ten, widząc to, przedstawił się szybko:
- Jimi Hendrix Carter, do usług.
- Finch O`Flaherty. Mogę ci w czymś pomóc?
- Mnie nie – odparł Jimi, zapalając kolejnego skręta. - Ale możesz pomóc sobie. Jesteś Krukonem, no nie?
- Tak, jestem z Ravenclawu.
- Jesteś silny – zauważył Jimi. - Silny i opanowany. Dużo umiesz. Masz ambicje.
- No... dzięki. Ale co w związku z tym? - dociekał Finch.
- Interesują cię skarby? - zapytał Carter, zaciągając się. Wyciągnął różdżkę, stuknął nią w swoją szczękę, a wydmuchiwany przezeń dym zaczął formować się w skrzynie i szkatułki.
- Zależy, jakie – odparł ostrożnie Finch. Nowy znajomy zainteresował go, ale szóstoklasista był z natury nieufny.
- Rowena Ravenclaw. Wiesz, że zostawiła po sobie pamiątkę? A ja wiem, gdzie. Mógłbyś być kimś, gdybyś ją zdobył.
- Dlaczego mi to mówisz? Co będziesz z tego miał? - podejrzliwość Fincha znacznie wzrosła.
- Połowę zysków ze sprzedaży. Umowa stoi?
O`Flaherty zastanowił się krótko, po czym splunął na dłoń.
- Stoi.
- Malfoy, a czego my możemy od ciebie oczekiwać? Naprawdę tego nie wiesz?
Draco udał niewinne zdziwienie i zaciekawienie.
- Nie mam pojęcia, panie Carter. To znaczy... cóż. Niegdyś ludzie często czegoś ode mnie chcieli. Kobiety... Mężczyźni. Ostatnio jednak znacznie straciłem na wartości. Moja śmierć jest pożądana znacznie bardziej, niż cokolwiek innego, co mógłbym zaoferować.
- Nie udawaj durnia, Malfoy. Mało mnie obchodzi, kto chce cię dopaść i kiedy mu się to wreszcie uda. Bardziej interesuje mnie twoja działalność przestępcza.
- Panie Carter. Perspektywa mojej śmierci jest bardzo ściśle powiązana z moją działalnością przestępczą. Powiedziałbym nawet, że jedno wynika z drugiego. Ciąg przyczynowo-skutkowy.
- Malfoy, ostrzegam cię! Dobrze wiesz, o co mi chodzi.
Draco spojrzał na gospodarza z uprzejmym zdumieniem. Potem z tłumioną satysfakcją obserwował, jak rozmówcy podnosi się ciśnienie.
- Szkatułka, draniu! Ukradłeś ją nam. Oddawaj natychmiast!
Niebotyczne zdziwienie na twarzy Dracona ukazało wyraźnie, co jej właściciel sądzi na temat oskarżeń hipisa.
Carterowi puściły nerwy. Wyciągnął różdżkę i obnażył zęby, po czym podszedł do byłego śmierciożercy.
- Szkatułka – wyszeptał świszcząco.
Draco roześmiał się. I to był błąd.
komentarze [24]VI >> sobota, 5 maja 2007 12:45:53
Z dedykacją dla osoby, kryjącej sie pod nickiem mr-malfoy. Także dla Niezapominajki i wszystkich, którzy czekali i "mogliby mnie kochać".Sprawa organizacyjna: o tej notce nie powiadamiam n i k o g o . Tych, którzy pragną być informowani o nowościach, proszę o wpis do księgi,
Jimi Hendrix Carter właśnie podejmował swych klubowych znajomych tym, czym chata, a w tym przypadku przyczepa campingowa, bogata. Na małym stoliku znalazły się więc butelki z piwem, paczki chipsów i kociołkowych piegusków, papierowe talerzyki z jedzeniem na wynos i, oczywiście, kilka torebek z zieleniną. Towarzystwo porozkładało się na wszelkich możliwych powierzchniach, we wszystkich możliwych pozycjach – jeden z członków klubu nawet lewitował. Na razie spotkanie było w fazie rozkręcania, która standardowo powinna potrwać jeszcze z godzinę, jednak została brutalnie zakłócona... Zgadnijcie, przez kogo.
Rozległ się ogłuszający huk, wrzask kogoś nadepniętego, a następnie w pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciaśniej niż dotychczas. No tak... Ciaśniej mniej więcej o dwie osoby.
Zaskoczenie, a w niektórych przypadkach szok, trwało dopóty, dopóki lewitujący czarodziej nie spadł z olbrzymim łoskotem na podłogę... no, przynajmniej teoretycznie na podłogę. Wtedy dopiero zgromadzeni powyjmowali błyskawicznie różdżki, a w powietrzu zaroiło się od wszelkiej maści uroków. Czerwone, żółte, błękitne błyskawice śmigały w powietrzu, zderzały się ze sobą i w ogóle nie trafiały celu, czemu trudno się dziwić, ze względu na stan przytomności klubowiczów. Dopiero po chwili gospodarz uprzytomnił sobie, że przybyli nie są wrogami... teoretycznie.
- Córcia! Janis! Skąd tyś się tu wzięła? - wykrzyknął z zaskoczeniem i nie czekając na odpowiedź uściskał dziewczynę. - I kogo nam tu przyprowadziłaś? Czyżby kolejny... - nie dokończył. Jego oczy zwęziły się w podejrzliwe szparki, kiedy towarzysz córki wyszedł z cienia.
- Dzień dobry. Pan Carter, jak mniemam? Miło pana poznać. Naprawdę, cała przyjemność po mojej stronie. - Malfoy błysnął zimno oczami i podał hipisowi rękę, której ten jednak nie uścisnął. - Cóż, widzę, że nie jestem tu mile widziany. Proszę wybaczyć to nagłe najście, doprawdy, gdyby to zależało ode mnie, nigdy byśmy się nie spotkali – dodał, nim odwrócił się do drzwi. - Dzięki, szlamo. Świetna robota – szepnął jeszcze kącikiem ust w stronę Janis, nim nacisnął klamkę.
Z niebytu zaczęły wyłaniać się niewyraźne odgłosy. Ktoś krzyczał, jakieś dziecko płakało, gdzieś coś się stłukło. Nieprzyjemne dźwięki narastały i narastały, aż zaczęły odbijać się echem od wewnętrznej strony czaszki. Finch chciał krzyczeć, płakać i śmiać się jednocześnie, byleby tylko zagłuszyć wspomnienia dawnych, złych dni. Wiedział, co to za hałas. Wszystko to układało się w symfonię jego życia – wszystkiego czego dokonał i nie dokonał; wszystkich rzeczy, które zbudował i zniszczył; ludzi, których kochał i nienawidził. Swoista muzyka, mogąca doprowadzić każdy szanujący się umysł do obłędu. Była cudowna i przerażająca równocześnie. Dla każdego innego człowieka stanowiłaby jedynie odstraszająco głośną kakofonię wrzasków, dla niego była orkiestrą istnienia. Orkiestrą, którą cholernie pragnął wyłączyć i zniszczyć. Nic z tego, bo ona ciągle stawała się głośniejsza i bardziej natarczywa. Nowych dźwięków z każdą sekundą przybywało.
Potem, gdy już wybrzmiało w niej wszystko, gdy już zawierała każdą nutę życia Fincha, muzyka ucichła i pozostała jedynie bzyczeniem, grającym u podstawy czaszki. Ale Finch, choć chory z bólu, przeczuwał, że za nią zatęskni. Wiedział, że może być tylko gorzej.
Miał zamknięte oczy, widział więc jedynie ciemność. Gdy jednak muzyka ścichła, wszechobecna czerń przed oczami Fincha zaczęła przybierać określony kształt. Jeszcze chwila... jeszcze moment... żeby tylko się upewnić, bo wiedział, czuł gdzieś pod skórą, co zobaczy. Kształt stał się wyraźny, kontury postaci wyostrzyły się. Widział siebie... Siebie w tę pamiętną noc, kiedy... kiedy...
Nie mógł zamknąć oczu.
Śmierciożercy byli bardzo zdumieni, rozwścieczeni i równocześnie przerażeni. Zdziwienie powodowała niespodziewana ucieczka prawie-ofiary. Kto by pomyślał, że młody Malfoy zdoła nawiać najlepszemu zespołowi Czarnego Pana? Nawet słynny Potter potrzebował w Ministerstwie kupy dzieciaków i Zakonu Feniksa, żeby dać im radę! A Malfoy był jeszcze ograniczony urokiem...
Wściekłość brała się oczywiście z porażki i kolejnego uszczerbku na dumie i miłości własnej. Ostatnio wiele się tych uszczerbków zebrało, chociaż śmierć starego Dumbla dostarczyła ekipie nieco pewności siebie.
Najgorsze było przerażenie. Czarny Pan zajmował się obecnie jakąś ważną sprawą, co innego go teraz absorbowało. Wyraził się jednak jasno: Malfoy albo śmierć. No, ewentualnie tortury.
Najgorzej czuł się Snape. Miotał się po swoim mieszkanku, dokąd udał się po niepowodzeniu akcji. Wiedział, że jego nie czeka najgorsze, ale przywileje i zaufanie Lorda mogły mocno ucierpieć na tej porażce. Miał Dracona podanego na tacy i pozwolił mu tak łatwo zbiec! Był przecież najbliższym pracownikiem Voldemorta, na Merlina! To jemu powierzono dowództwo, a on spartaczył. Nic nie mogło go juz uchronić przed zemstą. Wiedział, że niedługo Mroczny Znak na lewym ramieniu rozpali się żywym ogniem, przekazując wezwanie zwierzchnika.
Trzeba czekać, westchnął w duchu. A na czekanie najlepsze jest wino skrzatów. Właśnie sięgnął po karafkę i kieliszek, kiedy w obskurnym pokoju rozległo się echo natarczywego pukania o drzwi.
Jimi Hendrix byłby durniem, gdyby pozwolił młodemu arystokracie uciec, kiedy ten dobrowolnie zjawił się na jego terenie. Błyskawicznie wyjął różdżkę.
- Colloportus! - krzyknął, aby zablokować drzwi. Malfoy odwrócił się powoli, sięgając za pazuchę.
- Nie chcesz tego – wysyczał przez zęby. - Wierz mi, to, że nie zabiłem twojej córki nie oznacza, że nie mogę tego zrobić.
- Nie ruszaj się – odparł spokojnie Carter.
- Bo co mi zrobisz? - Draco uniósł drwiąco prawą brew. - Znam takie czary, o jakich tobie się nawet nie śniło.
- Ale jesteś na moim terenie, a wierz mi, pamiętałem o zabezpieczeniu tej przyczepy przed takimi jak ty. Poza tym najwyraźniej nie potrafisz się teleportować, PANICZU. Inaczej nie przyleciałbyś tu z moją córką. I jesteś nam coś za to winien...
Malfoy zamyślił się. Wiedział, że zaklęcie ograniczające umiejętność teleportacji podziała jeszcze przez jakiś czas, więc tak czy inaczej musiał tu zostać. Zresztą... śmierciożercom nawet przez myśl nie przejdzie, by szukać go w takim miejscu. Przebywanie z hipisami mogło się nawet opłacić... pod warunkiem, że nie odkryją, co ukrył w kieszeni.
- Zgoda, panie Carter. Zostaję – odparł wreszcie, uśmiechając się czarująco. Równocześnie wsunął dłoń do kieszeni i ukrył głębiej małą szkatułkę. Ostrożności nigdy za wiele.
- Teraz możecie mi państwo powiedzieć, czego ode mnie oczekujecie? - zagadnął przyjacielskim tonem, rozkładając się nonszalancko na jedynym wolnym fotelu.
komentarze [28]V >> sobota, 17 marca 2007 17:06:57
Z dedykacją dla Niezapominajki - obyś się nie myliła, kwiatuszku!Janis ocknęła się w ciemnej, pozbawionej jakichkolwiek sprzętów klitce. Czuła paskudny odór, podświadomie rejestrowała ciche szepty i śmiechy, także jakieś niepokojące, szeleszczące falowanie powietrza. Domyśliła się, że to Malfoy ją tu zamknął. Cóż, przynajmniej żyła. I miała co jeść.
Na podłodze bowiem stała mała tacka z suchym chlebem i kubkiem wody. Janis schyliła się po nią, jednak szybko odskoczyła z wrzaskiem. Obok tacki siedziało niezidentyfikowane stworzenie o wielkich oczach i szczerzyło do niej długie zębiska.
“To stanowczo nie jest mój dobry dzień”, zdążyła pomyśleć zanim wrzasnęła z bólu.
Finch znów został brutalnie pozbawiony przytomności. Tym razem jednak zdążył ujrzeć twarz oprawcy zanim osunął się w niebyt. I bynajmniej nie był to miły widok.
Obciągnięta białą skórą czaszka, szaleńcza czerwień płonąca w oczodołach, nienaturalnie długie palce zaciśnięte na różdżce. Taki widok zazwyczaj zapada w pamięć bardziej niż cokolwiek innego, ma też zwyczaj powracać w koszmarach pełnych cichych szeptów i niewyraźnych cieni. Jednak kiedyś nie wyglądał aż tak strasznie. Kiedyś był... no, na pewno nie przystojny, ale bardziej... ludzki. Chociaż już wtedy w jego rysach można było dostrzec wężowe piętno. Finch był jednak młody i niedouczony, więc nie mógł rozpoznać skutków nadużywania czarnej magii. Gdyby jednak wiedział, z kim ma do czynienia...
Teraz dryfował gdzieś daleko, nic nie pamiętając, o niczym nie wiedząc. Gdyby był przytomny, a urok rzucono by na kogoś innego, z łatwością rozpoznałby Gorączkę Duchów, jak ją potocznie nazywano. Po raz pierwszy w czasach nowożytnych użył tego zaklęcia właśnie Lord Voldemort, jednak to nie on był jego twórcą. Odnalazł je wśród najstarszych czarnomagicznych zapisków i karał nim tych, którzy najbardziej mu podpadli. W historię wpisał się przypadek zaaplikowania przezeń Gorączki Duchów Dorcas Meadowes tuż przed jej zamordowaniem.
Gorączka wpędzała w obłęd. I był to prawdziwy, poważny obłęd z oznakami psychozy i przeróżnych fobii. Poddany jej działaniu czarodziej mógł przeżyć kilka dni, pod warunkiem, że ktoś zdrowy, cierpliwy, silny i obeznany z najbardziej zaawansowaną magią białą i czarną, pilnował go dwadzieścia cztery godziny na dobę i podawał specjalny eliksir. Nie odnotowano żadnego przypadku pokonania Gorączki Duchów.
Na szczęście zaklęcie to pozostawiało trwałe ślady również na sprawcy, było też bardzo czasochłonne i wymagało olbrzymich umiejętności. Jedynie Lord Voldemort mógł używać go bezkarnie.
Finch dobrze wiedział, że właśnie coś takiego czeka go, kiedy Czarny Pan wreszcie go dopadnie.
Dracon ocknął się. Czuł ogromny ból głowy, jednak nic poza tym mu nie dolegało. Poza totalnym zamroczeniem i wielką biała plamą w pamięci, oczywiście.
Kiedy jednak ujrzał otwarty sejf, spowity teraz lekką mgiełką, a także puste płótno zamiast portretu swego ojca, wszystko mu się przypomniało. Bardzo wyraźnie. Dlatego też postanowił jak najprędzej się ulotnić, gdyż bardzo dobrze znał chełpliwe przestrogi ojca – “Gdy tylko ktoś ośmieli się otworzyć sejf bez szyfru, czeka go sroga kara. Zapamiętaj to sobie, synu” - tak mawiał, gdy tylko Draco pytał, co znajduje się w skrytce. Młody Malfoy był jednak pewien, że po śmierci ojca zaklęcie przestanie działać. Cóż, najwyraźniej rzucił je ktoś inny. A w sejfie najprawdopodobniej nie było pieniędzy, ale coś innego... całkiem innego. Coś, co postanowił tu ukryć osobnik całkowicie pewien wierności Lucjusza...
Draco postanowił więc bezzwłocznie deportować się byle dalej stąd. Nie mógł się z nim spotkać. Jeszcze nie teraz.
Skupił się, okręcił w miejscu i... nic się nie stało. Spróbował jeszcze raz, jednak znów spotkał go zawód. Widać czary sejfu nie polegały jedynie na obezwładnieniu złodzieja...
Myśl!, nakazał sobie. Nie mógł poddawać się panice, bo to oznaczałoby klęskę. Zmusił swój umysł do uspokojenia i zaczął chłodno kalkulować.
Według zegara nad kominkiem leżał nieprzytomny przez dziesięć minut. Źle. Nie miał żadnej drogi ucieczki, tym bardziej w zetknięciu z w pełni uzbrojonymi śmierciożercami, zdolnymi do teleportacji. Jedynym wyjściem z sytuacji była teleportacja łączna, jednak nie było nikogo, kto... Zaraz!
Bez wahania zbiegł na najniższy poziom budynku. Stanąwszy pod maleńkimi, solidnymi drzwiczkami przeżył chwilę strachu, jednak bezpodstawnie. Różdżka była w pełni sprawna. Odczarował pomieszczenie i wszedł do środka. Janis leżała na podłodze, drżąc i łkając. Podszedł do niej szybko i szturchnął mocno w plecy. Dziewczyna poderwała się na równe nogi i przez chwilę wyglądała, jakby miała się na niego rzucić. Jednak prawie natychmiast rozpoznała swego oprawcę i, co wprawiło Malfoya w szczere zdumienie, padła mu w ramiona.
- Człowiek! Nareszcie jakiś człowiek! - wykrzyczała mu prosto w ucho, ściskając w niedźwiedzim uścisku. Draco odczekał dziesięć sekund, po czym rzucił zaklęcie żądlące. Janis odskoczyła z krzykiem, ale nadal patrzyła na niego tak, jakby był przynajmniej bogiem.
- Sądząc po twojej reakcji, nie chcesz, żebym znów cię tam zamknął, no nie? - zapytał Malfoy, uważnie śledząc każdy jej ruch.
Janis spojrzała na niego niepewnie, ale skinęła głową.
- Umiesz się teleportować?
- Zdałam z wyróżnieniem – odparła dziewczyna tak gorliwie, jakby od tego zależało jej życie.
- Teleportacja łączna? - Dracon nawet nie zadał sobie trudu, by sformułować pełne pytanie.
Janis znów skinęła głową.
- Świetnie – rzekł Malfoy. - W takim razie zabierzesz mnie stąd, natychmiast. Jeśli odmówisz albo zrobisz mi brzydki kawał, przysięgam, że cię odnajdę i zamknę w tym lochu na dziesięć lat. Dotarło?
Janis z takim zapałem pokiwała głową, że okulary spadły jej z nosa. Malfoy naprawił je i podał jej – w końcu miała uratować mu życie, mógł choć raz zachować się jak dżentelmen. Potem stanął obok niej i złapał ją mocno za ramię. Już miał podać jej adres docelowy, gdy pond nimi rozległ się jakiś odgłos. Więc już tu byli.
- Najbezpieczniejsze miejsce jakie znasz, migiem! - wysyczał przez zaciśnięte zęby. Janis pomyślała przez chwilkę. Tak, tam mogła go zabrać.
Zniknęli akurat wtedy, gdy do pomieszczenia wpadł pierwszy z zakapturzonych napastników.
komentarze [35]IV >> niedziela, 18 lutego 2007 17:30:25
Finch nie wiedział dokładnie, gdzie jest, ani jak się tu dostał. Jedno było pewne – budynek ministerstwa znajdował się setki, może tysiące kilometrów stąd. Był zdany tylko na siebie.
Rozejrzał się po swoim otoczeniu z poziomu podłogi, rejestrując podświadomie różne ważne dla aurora fakty. Pokój był mały. Nie było tu mebli, okien ani drzwi. Pomarańczowe światło płynęło z wiązki świec, umieszczonej tuż pod wysokim sufitem. Ściany i podłoże wykonano z betonu.
Więc jednak, westchnął w duchu. A tak się przed tym bronił! Nawet zawód wybrał pod wpływem wspomnień o tym mężczyźnie i co mu to dało? I tak go dopadł.
Dopiero po kilku minutach smętnych rozmyślań Finch spostrzegł, że pod jego szatą rysuje się znany kształt. Nie, to niemożliwe... Czyżby byli takimi głupcami, by zostawić mu różdżkę? Cóż, najwyraźniej tak.
Na próbę wystrzelił kilka złotych iskier, aby upewnić się, że nikt nie majstrował przy jego narzędziu. Potem spróbował czegoś trudniejszego – ściągnął wiązkę świec na dół. Wreszcie postanowił deportować się z tego pomieszczenia, ale tylko kilka metrów. Trzeba było się dowiedzieć, skąd ta dziwna sytuacja. Już miał wykonać przepisowy obrót, gdy nagle...
Dobry nastrój wreszcie mu minął. Teraz znów należało skupić się na wykonaniu zaplanowanej misji. Dracon wyrzucił plastikowy kubek po kawie i rozejrzał się po swoim otoczeniu. Taak... Siedział na jakiejś ławce na Trafalgar Square. I już trzeci raz zauważał paskudnego, tłustego kota, który natychmiast zaczął się zawzięcie myć, gdy tylko Malfoy na niego spojrzał. Podejrzane. Bardzo podejrzane.
Wstał leniwie z ławki, przeciągnął się i ruszył spacerowym krokiem w stronę zwierzaka/nie-zwierzaka. Przeszedł obok, nie spoglądając na niego, podczas gdy kot badawczo lustrował czarodzieja żółtymi ślepiami. Następnie wypadki potoczyły się bardzo szybko: Malfoy błyskawicznie przykucnął obok animaga, złapał go za gardło, a kiedy zaszokowane stworzenie próbowało niemrawo się wyrwać, wyciągnął różdżkę i rzucił nań zaklęcie oszałamiające. Potem wstał jakby nigdy nic, otrzepał się, wziął kota z ziemi i wyruszył w stronę małej wnęki między olbrzymimi budynkami. Zaszył się tam i deportował razem ze zwierzęciem.
Miał nadzieję, że nie będzie już musiał tu wracać. Jednak nadzieje zawodzą, szczególnie, kiedy przychodzi pilna potrzeba skorzystania z Sali Tortur, by przesłuchać szpiega. A Malfoy właśnie taką potrzebę miał.
Nie zdejmując zaklęcia oszałamiającego, przemienił kota z powrotem w człowieka. Ujrzał potężną, rudą dziewczynę w okularach o grubych szkłach, ubraną w kolorowe, luźne ciuchy. Miała mnóstwo bransoletek na rękach.
Przyglądał się jej uważnie przez trzydzieści sekund, ale za nic nie mógł skojarzyć jej z nikim znajomym. Westchnął więc i obudził ją.
Dziewczyna przez chwilę rozglądała się po rozległym pomieszczeniu, zatrzymując wzrok na potężnych machinach, błyszczących stalą. Można by je wziąć za wymyślne urządzenia rolnicze do zbierania plonów, gdyby nie zakrzepła krew pozostała na ostrzach i kościotrup, wiszący za ręce na przeciwległej ścianie. Nie przyszło jej do głowy, że to atrapa – prawdziwy szkielet nie miałby szans utrzymać się tam w całości. Wreszcie dziewczyna spojrzała z lekkim przestrachem na swego niedoszłego oprawcę.
- To ty! - wykrzyknęła zduszonym głosem.
- Ja – potwierdził Malfoy, a na jego ustach zagościł znajomy, ironiczny uśmieszek.
- Czego ode mnie chcesz? - zapytała piskliwym głosem, nadaremnie próbując się uwolnić z więzów, którymi była skrępowana.
Malfoy uniósł brew. Świetnie się bawił.
- To chyba ja powinienem zapytać o to ciebie – odparł, uśmiechając się złowieszczo.
- Mnie? Ale...
- Śledziłaś mnie, a ja chciałbym się dowiedzieć, po co. Rozumiesz już?
Dziewczyna drgnęła i spuściła wzrok. Nie powie ani słowa. Bo co mógł jej zrobić? Nie będzie jej przecież torturował! Prawda?
Malfoy bezbłędnie odgadł jej myśli. Podszedł do najbliższej machiny i pogładził ją czule po metalowej rączce.
- Wiesz, do czego to służy? Wyrywa paznokcie i zęby. Przyglądałem się kiedyś, jak tata jej używał. Marzyłem wtedy, że sam też będę, a ty jesteś doskonałym materiałem do tej zabawy.
- Nie ośmielisz się – szepnęła niepewnie, wciąż próbując uwolnić nadgarstki.
- Chcesz się przekonać? - odszepnął Draco, mrużąc oczy. Miał minę kota, bawiącego się myszą przed zadaniem jej ostatecznego ciosu.
Dziewczyna rozejrzała się jeszcze raz po pomieszczeniu, zastanawiając się, jak wybrnąć z sytuacji. Wreszcie westchnęła ciężko i zapytała:
- Co chcesz wiedzieć?
- Mądra dziewczynka – uśmiechnął się Draco, po czym odparł: - Po pierwsze, kim jesteś?
- Janis Joplin Carter – odparła głosem bez wyrazu.
Malfoy parsknął, ale powstrzymał się od komentarza. Zadał następne pytanie.
- Dlaczego mnie śledziłaś?
Janis ożywiła się trochę, co objawiało się pełnym nienawiści spojrzeniem.
- Masz coś, co należy do mojego ojca.
- Czyżby? - zapytał ironicznie. Po chwili jednak jakby zmienił zdanie. Wyciągnął z kieszeni płaszcza małą, hebanową szkatułkę. - Mówisz o tym?
Janis wzdrygnęła się. Cały czas miał to przy sobie! Gdyby tak zaatakowała go we śnie...
- Mówisz o tym? - powtórzył Malfoy nieco głośniej, opierając się wygodnie na machinie do wyrywania paznokci, by przypomnieć jej, z kim ma do czynienia.
- Ty złodzieju! - wysyczała zjadliwie. - Ukradłeś to mojemu ojcu!
- Nie przeczę – odrzekł Dracon uśmiechając się złośliwie. - Ale on też to komuś ukradł. A ja tylko pożyczyłem. Oddam to prawowitemu właścicielowi... kiedy nadejdzie właściwy czas. A tymczasem... żegnaj, Janis.
Nacisnął stopą małą, metalową płytkę, wmontowaną w podłogę i zdeportował się.
Nie zabił jej. Oczywiście, że nie! Tak postępują tylko amatorzy. A ta gruba hipiska mogła się przydać... Co nie znaczyło, że nie mógł jej trochę przetrzymać w Szczurzym Lochu o chlebie i wodzie. Dwa tygodnie powinny wystarczyć. Zresztą, to może jej tylko pomóc. Zachichotał w duchu. “Uzdrowieciel Dracon Malfoy, specjalista od otyłości”. Mógłby zrobić fantastyczną karierę.
Położył jej różdżkę na mahoniowym biurku w gabinecie ojca. Zastanawiał się przez chwilę, spoglądając na małą fontannę, stojącą w ogrodzie niedaleko okna. Potem zdecydował – połowa teraz, połowa na czarną godzinę. Wyjął własną różdżkę, odchylił obraz, przedstawiający naturalnej wielkości portret Lucjusza Malfoya i rzucił zaklęcie, jako że nie znał szyfru. Drzwiczki małego sejfu odskoczyły, a ze środka wyleciał kłąb błękitnego dymu. Dracon stracił przytomność, a Malfoy senior z portretu spojrzał z pogardą i westchnął.
- Trzeba było mnie zapytać. Ale teraz...
Znów westchnął i zniknął z obrazu.
komentarze [26]III >> niedziela, 21 stycznia 2007 21:26:56
Londyn wyglądał tak jak zwykle o tej porze dnia. Słońce jeszcze nie wzeszło, zresztą nawet gdyby, jego blask z pewnością utonąłby w oparach zimnej, leniwie krążącej do wysokości dwóch metrów mgły. Niewiele osób wędrowało teraz po ulicach. Większość przebywała w domach, przypiekając tosty i pijąc kawę. Nikt nie wyglądał przez okno.
Pora była idealna. Draco Malfoy strząsnął z włosów kropelki wilgoci, po czym szczelniej otulił się płaszczem i przemknął prawie niezauważony przez Trafalgar Square. Był coraz bliżej celu podróży.
Zdobycie potrzebnych ingrediencji wymagało pewnych przygotowań. Dlatego Draco sięgnął po różdżkę i skupił się. Rzucanie Zaklęć Niewybaczalnych nigdy nie przychodziło mu łatwo. Domyślał się, że ta durna szlama, Granger, z łatwością poradziłaby sobie z Imperiusem czy nawet Avadą, gdyby tylko nie była tak sakramencko “przyzwoita”. Jednak tu nie ma Granger – jest tylko Dracon Malfoy, jego nienawiść i chętna do pomocy różdżka.
Deportował się z cichym pyknięciem, obserwowany jedynie przez
marszczącego brwi kota. Kot siedział jeszcze przez chwilę w tym samym miejscu, po czym podniósł się i przemaszerował przez ulicę, kołysząc tłustym zadkiem. Nie ma co, ta robota zaczyna być coraz bardziej wkurzająca. Kiedy wreszcie szef zdecyduje się na coś konkretnego?
Nokturn nie był specjalnie zachęcający o tej porze dnia. Właściwie, to Nokturn nigdy nie był zachęcający. Jednak Malfoy musiał przyznać, że oglądanie czaszek, pająków i flakonów z krwią na wystawach sprawiało mu o wiele większą frajdę, gdy świeciło słońce. Wpatrujące się w niego z ciemnych kątów ślepia też lepiej dawały się znieść za dnia... Cóż, po prostu musiał to jakoś przeżyć. I tak nie miał nic do stracenia prócz marnego żywota. Przecież duszę już dawno przegrał.
Nie rozglądał się na boki. Nie chciał sprawiać wrażenia przestraszonego dzieciaka, który zgubił mamusię. Zresztą, właściciele gorejących w półmroku ślepiów i tak nie byli specjalnie głodni. No i wschodziło słońce, więc wypadało się zbierać do tych zatęchłych, pełnych kości nor... Malfoy wstrząsnął się z obrzydzeniem. Doprawdy, mogliby chociaż czasem zadbać o higienę i porządek. Przynajmniej dla dobra swych ofiar...
“Przestań o tym myśleć!” nakazał sobie w duchu, słusznie podejrzewając się o ukryty strach przed stworami w ciemności. Nie czas na dziecinne lęki. Jest przecież sprawa do załatwienia.
Stary, popękany szyld “Borgin i Burkes” przykuł jego uwagę, wymiatając wszystkie niepotrzebne myśli z umysłu. Taak... Czas wyjąć różdżkę.
Pan Borgin, który sypiał w małym mieszkanku nad sklepem, nie miał nawet czasu się obudzić, kiedy dosięgło go zaklęcie Malfoya. Dlatego też nie próbował stawiać oporu – o ile w ogóle byłby do tego zdolny, nawet u szczytu formy. Od razu dostarczył wszystkie potrzebne przedmioty. Gość zapakował kilka zakurzonych buteleczek, zaczarowaną czaszkę, której oczodoły płonęły fioletem i lipną różdżkę, która jednak znacznie różniła się od tych produkowanych przez Freda i George`a Weasleyów. Nie trudził się płaceniem – po prostu kazał panu Borginowi iść spać i rzucił na niego silne zaklęcie zapomnienia – tak na wszelki wypadek.
Gdy wyszedł ze sklepu, spostrzegł z lekkim zdumieniem pierwsze promienie słońca. Czerwonookich istot już nie było, pojawili się za to pierwsi sprzedawcy, targający ciężkie torby, pełne towarów; na tej ulicy nikt nie zostawiał najcenniejszych i najbardziej niebezpiecznych przedmiotów w sklepie. Malfoy uznał, że bardzo dobrym pomysłem będzie natychmiastowe zniknięcie. Jeszcze ktoś mógłby go rozpoznać.
Aportował się niedaleko, na Charing Cross Road. Tam też już zaczynał się poranny ruch. Draco, który ze zdumieniem spostrzegł, że jest głodny, wstąpił do małej kawiarenki i kupił paczkę świeżych pączków i małą czarną na wynos. Tym razem nie urządził żadnej draki i nawet zapłacił jak porządny mugol. Niektórych mogłoby dziwić takie zachowanie – przecież już dobrze poznaliśmy Dracona Malfoya, pamiętamy, co wyrabiał w hotelu i jak potraktował swych rodziców. Kot wysiadujący i wypatrujący uważnie przed sklepem też oniemiał i osłupiał. Draco Malfoy jednak nie był ni trochę zdumiony – miał wyśmienity humor i wreszcie poczuł prawdziwy głód, co nie zdarzało mu się od kilku tygodni. Jadł z przyjemnością i uczucie to wprawiało go niemal w euforię.
Dlatego właśnie zostawimy teraz pana Malfoya, bo ten stan nie opuści go przynajmniej przez dwie godziny, i skupimy się na czarnym, grubym kocie.
Jak wiemy, kot towarzyszy nam niemalże od początku tej opowieści. Domyślamy się, że nie jest to kot prawdziwy, a czarodziej, animag. Dedukcja pozwala nam także sądzić, że kot śledzi Dracona Malfoya na czyjeś zlecenie. I tu nasza wiedza, tudzież domysły, się kończy. A bardzo chcielibyśmy wiedzieć, na czyje zlecenie pracuje kot i któż ukrywa się pod jego wdzięczną, chociaż odrobinę obrzydliwą postacią.
Dlatego będziemy obserwować kota, zwracając szczególną uwagę na jakieś podejrzane lub niespotykane gesty. Boimy się, że takie “śledztwo” może potrwać długo i nie przynieść żadnych efektów, jednak lęki te nie są uzasadnione. Już bowiem po dziesięciu minutach kot nerwowo podskakuje na dźwięk klaksonu ciężarówki. To nam kogoś przypomina... kogoś bardzo znajomego.
Nazywał się, jak na ironię, Jimi Hendrix Carter. Jego rodzice byli mugolami, w dodatku hipisami. Pobrali się w latach sześćdziesiątych, wtedy też spłodzili syna. Byli pewni, że pierworodny ma przed sobą wielką przyszłość – stąd imiona. A może to był żart, może matka miała odlot, kiedy dowiedziała się o ciąży i dlatego już wtedy nadała mu takie imię? Tego nie wiemy i, szczerze mówiąc, nie bardzo nas to interesuje. Wystarczy nam wiedza, że młody Jimi wstąpił do Hogwartu kilka lat przed osławionymi Huncwotami. Trafił do Ravenclawu – jakim cudem, tego nie wiedział nikt. Jimi nie pasował do Domu Kruka.
Poznał tam jednak kogoś, kto nadał sens całemu jego życiu.
Roland Stevens był kimś w rodzaju guru. Odznaczał się inteligencją, sprytem i żądzą władzy, nie tak jednak wielką, jak żądza władzy Voldemorta alias Toma Riddle`a. Założył swój własny klub, zrzeszający przeciwników przemocy. Jimi, jako syn hipisów, został honorowym członkiem tego klubu.
W czasach szkolnych działalność organizacji nie polegała na niczym konkretnym. Jednak po przejęciu władzy w świecie czarodziejów przez Lorda Voldemorta nagle nabrała większego znaczenia. Chyba to było głównym powodem, dla którego po wyjściu ze szkoły członkowie klubu nadal spotykali się w konspiracji i próbowali coś zrobić. Po zniknięciu Voldemorta klub się rozpadł. Minęło jednak piętnaście lat... Piętnaście długich lat. Odbyło się kolejne spotkanie, zorganizowane w przyczepie Jimiego.
Stevens nadal był szefem. Rozdzielał zadania swoim towarzyszom, próbując jakoś zmienić bieg wypadków. Działali już od dwóch lat, nie wchodząc w drogę Zakonowi Feniksa, ani nie próbując ujawnić mu swego istnienia. Zakon Feniksa dążył przecież do pokonania Voldemorta wszelkimi możliwymi środkami. Natomiast “Peace Club” chciał pokoju. Tylko i wyłącznie. Dlatego wybierano tam inne metody zakończenia tej wojny.
Myślicie więc zapewne, że kot to Jimi Hendrix Carter, członek Klubu Pokoju. Mylicie się jednak. Kot to ona – córka Jimiego, dwudziestoczteroletnia Janis Joplin Carter. Cholernie wkurzona na Malfoya, który ośmielił się okraść jej ojca z najcenniejszego przedmiotu, jaki ukrywał w swojej przyczepie campingowej. Równocześnie także znudzona – po co miała sterczeć i wypatrywać, co ten dureń zje na śniadanie? Do czego było im to potrzebne? Była pewna jednego: kiedy wreszcie chłopak ujawni, gdzie trzyma szkatułę, Janis bez wahania odbierze mu ją, nie bacząc, czy będzie musiała pozbawić go jakiejś części ciała, czy zabić na śmierć.
komentarze [6]II. >> piątek, 15 grudnia 2006 16:53:27
Severus Snape był bardzo zadowolony. Cieszył się głównie z tego, że złożył Wieczystą Przysięgę i udało mu się ją wypełnić. Drugim powodem, dla którego uśmiechał się lekko pod nosem było powitanie, jakie zgotował mu Czarny Pan i inni śmierciożercy. To prawda, Lord był zdenerwowany, że młody Malfoy uszedł z życiem, ale szybko jego złość zmieniła się w niemal lubieżną radość. Zbieg wiedział, co go czeka i prawdopodobnie przeżywał teraz katusze związane z oczekiwaniem na najgorsze, o ile już się nie wykończył. Tak, Czarny Pan także był bardzo zadowolony. Nawet Potter, który nie wrócił do domu swego wujostwa, nie mógł zepsuć mu humoru.
A Potter ani myślał o tym, aby z czegoś się cieszyć. Targały nim różne emocje, ale żadna z nich nie była bliska radości. Był zdesperowany, tak, i wściekły. Od czasu do czasu wstrząsała nim rozpacz. I chciał zemsty. Po pierwsze i najważniejsze – na Snapie. Po drugie – na Voldemorcie, jako głównym sprawcy wszystkich wydarzeń, które sprawiły, że tak cierpiał. Na koniec zaś chciał się zemścić na Malfoyu, ale to mogło poczekać. Teraz najważniejszym jego zadaniem było wytropienie horkruksów i zabicie Voldemorta. Później mógł zająć się resztą.
To był ojciec. Uciekł, bo czuł, że Czarny Pan już mu nie pomoże. Postanowił wrócić do domu, aby zobaczyć się z żoną i z synem, i przygotować lepiej do ucieczki i dłuższego ukrywania się. Po drodze jednak usłyszał niepokojące wieści o Dumbledorze i Draconie. Dlatego przez kilka dni zwlekał z ostatecznym przekroczeniem progu domu. W końcu jednak wrócił, zakryty na wszelki wypadek maską. Spotkał syna, który był cały i zdrowy, mimo że Voldemort z pewnością zamierzał go wykończyć...
- Muszę już odejść, ojcze. Przyszedłem tylko na chwilę, żeby zobaczyć się z matką.
- Ale przecież nie możesz tak teraz odejść! Zginiesz.
- I tak zginę. Zresztą, tu znajdą mnie prędzej niż gdziekolwiek indziej.
- I jesteś pewien?
- Oczywiście. Gdybym nie był, już dawno by mnie tu nie było.
- Chcesz się zemścić?
Draco spojrzał na ojca z namysłem, po czym sięgnął po płaszcz.
- Muszę iść. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. Zajmij się matką, pije. Żegnaj.
- Żegnaj, synu – odparł Lucjusz Malfoy. Wiedział, że mówi to po raz ostatni. Nie żałował, miał jedynie nadzieję, że Draconowi powiedzie się zemsta i ucieczka. I że ujrzy ostateczną klęskę Czarnego Pana. Klęska... W chwili śmierci to właśnie słowo sprawiło, że mógł się jeszcze szyderczo zaśmiać, nim wyzionął ducha.
Gdy Narcyza Malfoy wyszła wreszcie ze swej sypialni, pierwszym widokiem, który dotarł do jej umysłu, było zimne ciało męża. Zimne ciało, pomyślała ironicznie. Poczuła gorycz, lecz równocześnie ulgę i pogardę. Równocześnie dotarło do niej, że nie ma już nikogo. Była kobietą silną, jednak nie wystarczająco. Mąż, zimny i wyrachowany, zawsze był jej podporą. Teraz podpora znikła. Narcyza westchnęła i dopiła resztę złocistego, słodkiego płynu, który zostawił dla niej Lucjusz. Uśmiechnęła się i zasnęła. Któż by pomyślał, że śmierć może dawać taką wolność? Leciała, leciała, tak daleko...
Draco nie musiał wracać, żeby wiedzieć, co zdarzyło się w rezydencji Malfoy`ów. To była jego sprawka. Czarna magia, której zdołał nieco uszczknąć podczas ostatniego roku w szkole, przydała się bardzo właśnie w tym momencie. Rodzice nie byli mu potrzebni, więcej: stwarzali zagrożenie, mogli stanąć na jego drodze do zemsty. Nie żałował, przeciwnie, czuł się dumny. Potrzebował tego dowodu na swoją siłę. Oni nadawali się idealnie. Draco mógł już zabijać.
Lord Voldemort snuł plany. Był bardzo zadowolony. Cieszyła go perspektywa masowej rzeźni, planowanej na dziś wieczór. Bo skoro nie było już Dumbledora, to czegóż miał się obawiać? Mugole nie mogli mu zaszkodzić, także czarodzieje stali się rozkosznie bezradni. Armia Lorda była potężna, lojalna i okrutna. Świat stał u jego stóp. Tylko że...
Młody Malfoy szedł ulicą kolejnego nudnego, cuchnącego miasteczka. Doprawdy, nie wiedział, po co dalej ciągnął tę zabawę. Przecież miał plan, chciał zemsty. Dlaczego więc ukrywał się niczym tchórz? Tak dalej być nie mogło.
Powziął decyzję. Postanowił dostać się do Londynu i tam poczekać na odpowiedni moment. Musiał także odwiedzić Śmiertelny Nokturn. Zemsta miała być słodka, a do słodkiej zemsty potrzebne są odpowiednie ingrediencje. Musiał też odnaleźć Pottera... Tak, upiecze dwie pieczenie przy jednym ogniu. Jakie to zabawne! Przez tyle lat nosił swą nienawiść w milczeniu, a teraz Potter był od niego zależny. Uśmiechnął się, po czym pogładził małą szkatułkę, która spoczywała w jego kieszeni. Nie tylko czarna magia i próby zabicia Dumbledore`a zajmowały jego czas podczas ostatniego roku w szkole.
Ministerstwo Magii było o tej porze ciemne i tajemnicze. Gdzieniegdzie widać było błysk złota, odzywał się odgłos kapania wody, bzyczenia muchy. Odnowiona fontanna, stojąca pośrodku atrium, była martwa i cicha. Nic się nie poruszało... Nic?
Z gęstej grupy cieni, zalegającej po lewej stronie atrium, oderwał się jeden pojedynczy fragment. Przemknął prawie niezauważony do wind, po czym nacisnął guzik, rzucając równocześnie zaklęcie uciszające. Winda przybyła bezszelestnie, po czym prawie natychmiast zjechała na dół. Nieruchome cienie, towarzysze postaci w windzie, wiedziały, że stanie ona na drugim piętrze – tam właśnie mieściła się Kwatera Główna Aurorów.
Finch O`Flaherty jak zwykle został po godzinach. Był tu kimś w rodzaju szefa. Nie formalnie, oczywiście. Formalnym szefem aurorów był Stan Donnel. Jednak gdyby miały tutaj panować rządy autorytarne, Finch z pewnością dzierżyłby władzę w ręku. Był najlepszy w swoim fachu i nawet nie próbował udawać skromnie, że tak nie jest. Wymagało to jednak wielu poświęceń z jego strony, a jednym z nich było właśnie siedzenie przy biurku do późnych godzin nocnych, za co nie otrzymywał nawet malutkiej premii. Ktoś mógłby pomyśleć, że w tych czasach aurorzy powinni otrzymywać podwyżki i premie, ale z pewnością nie myślał tak minister. I nawet nie pofatygował się o wyjaśnienie, gdy obcinał aurorom pensje! Oczywiście wszyscy wiedzieli, że były cięcia w budżecie, że raczej powinni siedzieć cicho i obawiać się o swoje stołki, jednak wiele osób pokusiło się o wysłanie listów, pełnych oburzenia i przekleństw. Wtedy dopiero zaczęły się cięcia w personelu.
Finch westchnął. Bardzo brakowało mu Brada Wojwodinskiego, który był najlepszy zaraz po nim i naprawdę pomagał mu w wielu trudnych sprawach. Jednak Brad był również bardzo porywczy.
Finch z chęcią powspominałby dawnego kompana, ale przerwał mu dziwny odgłos w korytarzu. Nie wróżyło to nic dobrego – Finch wiedział, że na tym piętrze tylko on siedział w pracy do późna. Wyjął więc różdżkę i cicho ruszył ku wyjściu z biura.
Korytarz był ciemny, nic się w nim nie poruszało. Nie po to jednak Finch spędził dziesięć lat na przeróżnych szkoleniach i tropieniu śmierciożerców, by teraz dać się tak łatwo zwieść. Rozejrzał się uważnie jeszcze raz, po czym rzucił zaklęcie w stronę ciemnego kąta po prawej stronie korytarza. Przygotował się już na odparcie Zaklęcia Tarczy, gdy nagle został zaatakowany z zupełnie innej strony. Nie było to zaklęcie uśmiercające – to w ogóle nie było zaklęcie. Po prostu ktoś rzucił się na niego całym ciężarem i przygniótł go do podłogi. Równocześnie usłyszał syczący szept, który prześladował go w snach...
komentarze [10]I >> niedziela, 19 listopada 2006 16:05:05
Ktoś kiedyś powiedział, że na gwiazdy trzeba czekać... :))Strach. Ból. Wściekłość. Pogarda. Pogarda dla samego siebie. I nienawiść... nienawiść tak wielka, że niemal nie pozwalała mu oddychać. Uciskała płuca, serce, płynęła we krwi, uderzała do głowy, powodując ten dziwny szum... Nienawidził jak jeszcze nigdy. Cały był nienawiścią. I może właśnie dzięki temu nadal żył...
Wokół było ciemno. Mrok wydawał się pochłaniać każdy, najdrobniejszy promyk światła. Nawet gwiazdy i księżyc kryły się za gęstą zasłoną burzowych chmur. Padało.
W powietrzu unosił się zapach mokrego bruku, śmieci i delikatny odór śmierci. Wokół panowała cisza, mącona jedynie przez delikatne uderzenia butów o brązowo-czerwone kocie łby i cichy szum deszczu. Inne dźwięki tonęły w obezwładniającym podmuchu śmiertelnego milczenia. Było strasznie.
On jednak nic sobie z tego nie robił. Dla niego świat się skończył, życie nie miało sensu. Zresztą, pomyślał ponuro, ono też niedługo się zakończy. Niedługo... jeśli okażą mu litość. Czekanie na nieuniknione bywa zazwyczaj najgorsze.
Powinien był go zabić! Wtedy marzenia by się spełniły, stałby się największym, najbardziej szanowanym i wyróżnianym śmierciożercą. Gdyby nie ON...
Nie, to była moja wina. Byłem tchórzem. Zasłużyłem na to, co mnie spotka.
Tchórz, tchórz, tchórz... Szedł w takt tej swoistej litanii. Tchórz, tchórz, tchórz, tchórz...
- Tchórz! - wrzasnął nagle, nie mogąc już dłużej tego znieść.
Cisza na chwilę zamarła, po czym powróciła, ze zdwojoną siłą starając się pochłonąć ten dźwięk. On nie zwrócił na to uwagi. To nie była jego sprawa.
Teraz buty wybijały inny rytm, stukając o mokry bruk. Przejdź na właściwą stronę, Draco. Przejdź na właściwą stronę, Draco. Przejdź...
Koniec!, upomniał się w duchu. On nie żyje. Snape go zabił. Snape go zabił. Snape go zabił... Buty posłusznie wystukiwały nakazany rytm.
- SNAPE!!! - bezgłos znów został brutalnie zakłócony, jednak na krótko. Ten dźwięk, pełen nienawiści, rozpalającej krew żywym ogniem, przegonił ciszę. Uciekła, przerażona, nie chcąc tłumić tak odrażającego odgłosu. Do Dracona dotarły szepty nocnego życia.
Był w małym miasteczku Sleaford, do którego dotarł po wielu dniach wędrówki. Nie zamierzał się tu zatrzymywać, właściwie to nigdzie nie chciał się zatrzymywać. Kluczył jednak po wsiach Wielkiej Brytanii, aby nie siedzieć bezczynnie, czekając na śmierć. Poza tym bezczynność sprawiała, że dopadały go wyrzuty, których za nic nie chciał już do siebie dopuścić. Nie były to wyrzuty sumienia, o nie! Tych Draco już dawno się pozbył – znalazł mnóstwo sposobów na zagłuszanie ich, gdyby tylko śmiały się pojawić. Nie, to były świadome wyrzuty, którymi postanowił się zadręczać aż do końca, a które doprowadzały go pomału do szaleństwa.
Zresztą... co to mogło zmienić? Mógł postarać się o wszystkim zapomnieć, mógł też sam siebie wykończyć. Sposobów było mnóstwo, mógł umierać w bólu i we śnie. Tyle, że to było zbyt proste. I... no właśnie... tchórzliwe. Nie chciał znów się poddać. To nie było w jego stylu. Chciał pokazać, chociażby sam sobie, że jest coś wart. I chciał jeszcze... tak, chciał zemsty. Słodkiej, ale jakże straszliwej zemsty, która uwolniłaby go od wszystkiego innego. Wiele razy marzył o tym, że GO zabija. Jednak marzenia... nigdy nie miał ich wiele, bo się nie spełniały. Jako dziecko naiwnie sądził, że rodzice go kochają. Potem, gdy już zrozumiał, że tak nie jest, marzył, by sytuacja się zmieniła. Nie miał rodzeństwa. Był sam.
Teraz te dziecinne mrzonki gdzieś zniknęły. Malfoy był dumny, że rodzice tak go wychowali. Chociaż... nie, nie był dumny. Nie byli dostatecznie surowi. Nie nauczyli go zabijać... Ale ON też nie. Nikt go nie nauczył. Snape skakał wokół niego jak upierdliwy piesek, wtrącając się we wszystkie jego decyzje. Dlaczego więc nie pomyślał o najważniejszym? Czemu nie pokazał mu, jak zadawać śmierć?
Widziałeś to setki razy, tchórzu, podpowiedział sobie. Powinieneś wiedzieć, jak to się robi.
Taak... W głowie przemokniętego, zziębniętego i głodnego Dracona Malfoya toczyła się zażarta walka pomiędzy chęcią oskarżenia kogoś innego a rozpaczliwym pragnieniem zachowania choć przez chwilę tej odrobiny uczciwości wobec siebie. Zwyciężyło to pierwsze.
To Snape! To jego wina! Jego wina! SNAPE! Chciał zgarnąć dla siebie zaszczyty, pochwały Czarnego Pana. To on chciał być tym największym. A mnie zniszczył! To jego wina!
Gdy już wykrzyczał w duszy te słowa, poczuł się trochę lepiej. Postanowił zbadać otoczenie i siebie samego. Był to dobry pomysł.
Stał tuż przed średniej jakości hotelikiem w nieciekawej okolicy. Czuł głód i było mu zimno. Postanowił więc nie zwlekając wynająć pokój. Oczywiście, nie zamierzał płacić.
Wszedł do ciepłego, jasno oświetlonego holu. Nie było to obszerne pomieszczenie – ledwo mieścił się tutaj stary drewniany kontuar i kilka wieszaków. Nikogo nie było, więc uderzył dłonią w tani, połyskujący metalem dzwoneczek. W powietrzu rozległ się nieprzyjemny dźwięk, który natychmiast przywołał grubasa o nalanej twarzy, który najwyraźniej był tutaj kimś w rodzaju recepcjonisty, a może nawet samym właścicielem. Uśmiechał się dobrodusznie na widok jasnowłosego klienta, lecz uśmiech prawie natychmiast spełzł mu z twarzy, gdy klient oznajmił zimnym głosem:
- Życzę sobie najlepszego pokoju, jakim dysponuje ta obskurna buda. Pospiesz się.
Grubas zmarszczył brwi, jednak już po chwili uśmiechnął się niepewnie, po czym sięgnął po jeden z kluczy.
- Oczywiście, oczywiście. Oto klucz do pokoju numer 32. Jest jednym z naszych najlepszych i...
- Jednym z najlepszych? - przerwał zimno gość. - Prosiłem o najlepszy pokój.
- Przepraszam pana najmocniej – wyszeptał z lekkim zdenerwowaniem grubas – ale ten pokój jest już zajęty. Ale proszę się nie martwić, w 32 też są naprawdę dobre warunki i...
- Dobrze już. Niech będzie – westchnął Draco, postanawiając jednocześnie, że przed opuszczeniem tego lokalu zemści się na właścicielu.
Podał grubasowi swój wyczarowany niedawno dowód osobisty i oznajmił, że zapłaci przed odjazdem. Akurat.
Recepcjonista ukłonił się przed blondynem, po czym zaprowadził go do pokoju. Gdy już został sam, Draco z obrzydzeniem wciągnął w płuca przesycone mugolskimi zapachami powietrze. Nienawidził mugoli chyba jeszcze bardziej niż szlam. One przynajmniej nie były tak ograniczone...
Nagle zatęsknił za szkołą. Tam wszystko było tak cudownie proste, a teraz... Znów westchnął, po czym bez ostrzeżenia wybuchnął nagłym szlochem. Szybko jednak udało mu się powstrzymać ten niegodny prawdziwego mężczyzny atak. Poszedł się umyć, po czym zwalił się na łóżko, mając dziką nadzieję, że może tym razem sen przyjdzie. Nie przyszedł. Westchnął i zaczął myśleć. Myśli atakowały go niczym wygłodzone kruki, próbujące rozszarpać żyjącą jeszcze, ale bezbronną ofiarę. W końcu, po trzech wyczerpujących godzinach, w czasie których o mało nie oszalał, zmorzył go sen. Pozostał tak do rana, niespokojnie rzucając się na twardym łóżku.
Nazajutrz, jeszcze przed nastaniem świtu, każdy wyglądający przez okno mieszkaniec Oswald Street mógłby ujrzeć ciemną postać, wychodzącą z zapyziałego hoteliku po drugiej stronie ulicy – gdyby tylko ktoś wtedy wyjrzał przez okno. Na to jednak się nie zanosiło, gdyż praktycznie każdy praworządny mieszkaniec miasteczka miał w zwyczaju wciąż jeszcze spać o tak pogańskiej porze. Tym nielicznym, którzy nastawiali budzik na tak wczesną godzinę, ani w głowie było wyglądanie przez okno. Dlatego wysoka, odziana w długi płaszcz postać przemknęła niezauważona, pozostawiając po sobie jedynie drobną, ale uciążliwą klątwę.
Malfoy nie bardzo wiedział, dokąd mógłby się teraz udać. Rozważał podróż do kolejnego małego, nieprzyjemnego miasteczka, ale szybko odrzucił ten pomysł. Już od dawna miał dosyć ukrywania się wśród mugoli. Poza tym miał w domu kilka rzeczy, które mogłyby mu się przydać...
Od dawna odwlekał tę decyzję, jednak liczył się z tym, że kiedyś przyjdzie mu się z nią zmierzyć. Ten moment właśnie nadszedł. Malfoy okręcił się w miejscu i nagle zniknął z ciemnej uliczki, śledzony jedynie oczami czarnego, wychudzonego kota.
Narcyza Malfoy od dawna nie sypiała. Czuła się źle w tym olbrzymim dworku, sama, dręczona na dodatek niewesołymi myślami o mężu i synu. Teraz leżała w olbrzymim łożu z kolumienkami, zastanawiając się po raz setny nad tym, gdzie mógłby teraz być jej ukochany Draco. Westchnęła z rezygnacją i prawie bezwiednie sięgnęła do karafki, stojącej na nocnym stoliku. Nalała złocistego płynu do szklaneczki, którą po chwili wychyliła jednym ruchem. Była to whiskey z dodatkiem mikstury, potęgującej jej działanie. Dzięki temu już jedna porcja przynosiła jej zapomnienie i senność. Teraz trzeba było tylko poczekać, aż ciepły trunek rozgrzeje jej zimne członki, zaszumi w głowie i spuści na wszystko ciężką zasłonę ciemności. Nie musiała czekać długo – sen przyszedł prawie natychmiast. Jeszcze w ostatnim przebłysku świadomości Narcyza usłyszała delikatny brzęk szkła na parterze, była jednak zbyt śpiąca, by zwrócić na to uwagę.
Gdy się zbudziła, niejasno zdała sobie sprawę, że w pokoju ktoś jeszcze jest. Nie była jednak na tyle czujna, aby zwrócić na to uwagę. Przeciągnęła się na łóżku, mrużąc oczy z powodu rażącego dziennego światła, płynącego od okna. W końcu jednak udało jej się otworzyć oczy i dostrzec wysokiego mężczyznę, siedzącego obok jej łóżka. Nie, to nie był jeszcze mężczyzna. To był...
- Draco! - wykrzyknęła z niedowierzaniem i radością. - Kiedy wróciłeś?!
- Witaj, matko – odparł na wpół obojętnie przybyły. - Jakieś pół godziny temu. Czekałem aż się obudzisz.
- Ale... Co tu robisz? Przecież cię szukają! Powinieneś gdzieś się ukryć, bo on cię...
- Wiem – odparł pospiesznie blondyn, po czym z udawaną troską przytulił matkę. Uścisk ten był krótki, ale zdołał wywołać niemy szloch w jej chudej piersi.
- To ja mu kazałam... Kazałam mu przysiąc... Złożył Wieczystą Przysięgę, że będzie cię pilnował i w razie czego...zrobi to za ciebie. To moja wina...
- Nie tylko – odparł sucho Draco. - A co z ojcem?
- Dalej uwięziony.
- Aha. Dobrze, matko, ja muszę już iść.
- Już? - zapytała zawiedziona. - Myślałam, że skoro już tu jesteś...
- Muszę iść – powtórzył Malfoy. - Jakoś się z tobą skontaktuję – skłamał.
- Skoro musisz...
- Tak, muszę. Nie rozpaczaj za bardzo i nie pij tyle – to cię wykończy.
I, nie czekając na odpowiedź, wyszedł, zamykając drzwi. Właśnie miał zejść na dół po swoje rzeczy, gdy stanął twarzą w twarz z mężczyzną w masce.
komentarze [11]Ogłoszenie >> środa, 11 października 2006 21:24:54
Blog przejęto. Poprzedni właściciel - arogant, niedorastający mi do pięt - zdecydował się opuścić swe marne dzieło. Teraz ten blog znajduje się w moich rękach. Dopilnuję, by zakwitł tu kwiat zła i pychy, a szlamy nie miały tutaj wstępu.
komentarze [11]
Menu
Ode mnie dla mnie. Złodziejom grozi Avada Kedavra.